Jak niemożliwe, staje się możliwym…

Już tydzień przed planowaną krótką zasiadką jak to zwykle bywa, siedzę jak na szpilach (czyli de facto tygodnia bez szpilek nie ma…), plany – które zazwyczaj zmieniają się zaraz po samym dotarciu na łowisko, gdyż zawsze coś musi iść nie po myśli, jak nie skleroza to matka natura płata figle (o czym w dalszej części wywodu). 6.02.2016 Sobota, przyjeżdżam do pracy na 8:00, przed pracą szybkie śniadanie i pakowanie gratów do auta, przecież szkoda 10 minut na pakowanie po pracy, można jechać bezpośrednio po niej.

12736425_1131778353522697_1605310525_n

Sobota przed zasiadką bardzo się dłuży, godzina 14 wyruszam. Na łowisku czeka już znajomy. Szybkie zajęcie stanowiska i rozbicie obozowiska.

12722079_1131778366856029_775933693_n

Stolik przygotowany, papieroski, FirstAid czołówka, centralka i pieprz w sprayu – zwierzyny dużo, a czasami można sobie doprawić kanapkę gdy nie mamy pieprzu 😀

12674093_1131778346856031_740153223_n

Mamy jeszcze de facto zimę, nęcenie? Owszem, małe worki PVA, pellecik, troszkę kulek i zestawy z rzutu lądują w wodzie, szybko zapada zmrok. Więc nic tylko kłaść się w wyrko i okrywać śpiworem. Ok. godziny 2:00 pierwsze „piki” na centralce, pobudka ekspresowe wyjście z namiotu, spojrzenie na swingerki – cisza, czyli jak zwykle albo przepływasz obok mój ukochany i trącasz żyłkę, albo samozacinacze  nie zdają egzaminu i przesuwasz zestaw, szybkie spojrzenie na wodę – brak ruchu jakiejkolwiek ryby (cóż pewnie śpią jest 2:00, raczej nie spodziewają się wariata czyhającego na nie 6 lutego o 2 nad ranem…), o 4:00 powtórka, seria krótkich „pików” i niestety powrót do namiotu, chwilkę przed 8:00 przebudzam się – słyszę że znajomy z kimś rozmawia (po 8 miała dotrzeć reszta ekipy), „ogarniam się” wstaję, wychodzę z namiotu i… automatycznie musiałem zapalić papierosa, gdyż zrobiło mi się słabo – na wodzie TAFLA – LODU! (no tak czego spodziewać się w lutym? ale tafla w 4 godziny to jednak przesada) nie dowierzam, kończę palić papierosa, odgaszam, słyszę w oddali słynną „betę” znajomego, czyli przybyli. W momencie w którym zgasił silnik (zawsze jak zajeżdża nad wodę przynosi szczęście pozdrawiam Aruś!), ODJAZD! Sygnalizator w końcu ruszył, szybkie podejście – zacięcie i SIEDZI! Chłopaki dobiegają, tafla lodu na tyle zwarta iż węzeł od fluorocarbonu nie chce przejść przez dziurkę w lodzie… Chwila szamotaniny i jest! Fluorocarbon przeleciał przez dziurkę w lodzie, no ale najgorsze miało dopiero nadejść, w końcu jeszcze ciężarek, przypon i RYBA muszą wydostać się na powierzchnię. Ciężarek, co dziwne przeleciał przy szarpnięciu bez problemu, niestety z rybą nie było już tak łatwo, po podciągnięciu pod taflę widać coś dziwnego, biały brzuch, ryba długa… Branie na śmierdzącą kulkę – pierwsza nasza myśl – SZCZUPAK, nie raz zdarzał się jako przyłów na „śmierdziela”, szczególnie pływającego. Sytuacja z taflą wymusiła na mnie popuszczenie z hamulca rybie by odeszła od miejsca w którym żyłka wychodziła spod lodu, celny rzut kamieniem i wybita dziura, podciągnąłem rybę i ślizgiem zlądowałem ją na tafli lodu, którą przy brzegu załamała i spowrotem wróciła pod lód ku naszemu zdziwieniu, nie był to szczupak, a AMUR, amur spod tafli lodu na śmierdzącą kulkę 7 lutego… chwila walki przy brzegu i ląduje w podbieraku z podbieraka na matę, bez ważenia jako że amurki niestety są bardzo wrażliwe szybko wraca do wody. Muszę powiedzieć iż przez cały zeszły rok nie trafił mi się przyłów w postaci amura, nawet latem, ten sezon zacząłem od pierwszego w życiu amura i za razem „życiówki” – jakby nie patrzeć… Żadnego karpia… A amur ruszył? Cud natury…

Poniżej kilka zdjęć znad wody jak i zdjecie zdobyczy.

Zasiadka 6.02.2016

Related posts

Leave a Comment